11 tydzień dobiega końca (czy jakoś tak;-). I jak jest? Właściwie jakoś nic mi nie jest. Nic już nie boli, nie gniecie, mogę jeść, co chcę. Wręcz mam ochotę zapytać mojego brzucha: Halo! Jest tam kto? A brzuch trochę urósł. Ale tylko trochę. Generalnie wyglądam, jakbym najadła się kapusty, więc ani się chwalić takim brzuchem, a ukryć też jakoś trudniej. No nic, mama mówi, że jeszcze go zobaczę;-) Póki co, syndrom wicia gniazda bardzo się u mnie rozwinął. Z impetem wkroczyłam do królestwa mojego męża, jakim jest kuchnia, po czym zaczęłam się panoszyć jak kwoka na grzędzie. A gdzie majeranek pyta ta, co w kuchni tylko kawę robiła. Mąż zmieszany mówi, że trzeba kupić. Najchętniej ubrałabym fartuszek z falbankami i piekła, gotowała a potem jadła. Bo nic nie umiem przytyć. Boże, ile ja się kiedyś namęczyłam, żeby waga mi się podobała, żeby była w miarę. A teraz? Śniadanie, drugie śniadanie, przedobiadek, obiadek i nie wiem, co jeszcze. Fakt, są to na ogół owoce i lekkie dania, no ale i kolacja i kakao przed snem a waga ani drgnie. Obcy zabiera;-) I dobrze.
7 grudnia mam badania prenatalne. Podobno i zdjęcia dostanę i płytę. Zaglądam na neta: obrazy w 3D i 4D? Rany, nie wiem, czy jestem na to gotowa;-)
No nic, kończę, bo głodna znowu jestem.
Mam nadzieję, że napiszę coś wkrótce o bibliotece;-)
7 grudnia mam badania prenatalne. Podobno i zdjęcia dostanę i płytę. Zaglądam na neta: obrazy w 3D i 4D? Rany, nie wiem, czy jestem na to gotowa;-)
No nic, kończę, bo głodna znowu jestem.
Mam nadzieję, że napiszę coś wkrótce o bibliotece;-)
0 komentarze:
Prześlij komentarz